Bajka o dobrym sąsiedzie czyli o przewadze odwodnienia powierzchniowego nad podziemnym.

Kilkanaście lat temu w bocznej uliczce Właściciel zbudował dom…

Okolica nie była mocno zagospodarowana. Postęp cywilizacji i urbanizacji przedmieść następował jednak w sposób nieuchronny (cóż – sam Właściciel był jego częścią), kamieniste drogi zostały wyasfaltowane, a pola konsekwentnie zamieniane były na zabudowę jednorodzinną. Właściciel miał tego pecha, że przez jego działkę prowadził spływ wód deszczowych z okolicznych pagórków. Dopóki teren ten był mało zagospodarowany, woda przepływała przez skraj ogrodu, nie czyniąc większych szkód. Co jakiś czas jednak mocna burza powodowała, że ze świeżo wyasfaltowanej gminnej drogi (tzw. „nakładka bitumiczna”), w dół pod dom Właściciela i jego Żony, lał się rwący strumień, przepływając już nie skrajem, jak było to przed wyasfaltowaniem, lecz przez środek wysypanego kamieniem podjazdu.

Szczęśliwie pisemna interwencja w gminie odniosła natychmiastowy skutek i Gminny Inspektor od dróg przyjechał zapoznać się z sytuacją. Ocenił, że rzeczywiście nie przewidziano takiego rozwoju wypadków i postanowił wykonać krawężnik ograniczający spływ wody na teren Właściciela i kierujący deszczówkę do kratki w drodze (wpustu ulicznego). Zaplanował kratkę odwadniającą i przepust pod wjazdem na teren Właściciela i jego Żony, by deszczówkę z jezdni skierować na skraj działki, tak jak było to dawniej. Delikatne perswazje Właściciela, że kratki się zapychają, że wolałby On jakieś powierzchniowe rozwiązanie, że wystarczy lekko rzędne drogi skorygować, spotkały się z cierpkim przyjęciem Inspektora i jako niewarte nawet dyskusji zostały wykluczone, zanim Właściciel zdołał bardziej rozwinąć swoje myśli. Jak Inspektor zalecił – tak zrobiono.

Od tego czasu cierpliwie kilka razy w roku, a już zawsze po większym opadzie, Właściciel pracowicie czyścił kratkę z liści, gałęzi i ziemi nanoszonej z każdym najdrobniejszym opadem. (Ponieważ ją czyścił nie mamy stosownego obrazka, ale zapchana kratka wyglądała podobnie jak ta poniżej.)

Średnio raz do roku wody z jakiejś większej ulewy, które w założeniu Inspektora Gminnego miały trafić do kratki, wartko przelatywały nad nią (nad kratką krzyżowały się trzy kierunki spływu wody z dróg, co znakomicie utrudniało jej efektywną pracę), zapewniając przedmiot intrygujących analiz hydraulicznych Właściciela coraz bardziej zafascynowanego nowym dla siebie zjawiskiem.

W takich razach woda rozmywała podjazd i zalewała miejsce postojowe Właściciela lub jego Żony. Nic groźnego. 45 minut pracy z taczkami i łopatą, uzupełnienie kamieni na podjeździe i parkingu i dotleniony, rozruszany Właściciel znowu przestawiał się na tryb regularnego czyszczenia wpustu.

Trwałaby ta sielanka dłużej, jednak w końcu sytuacja klimatyczna zbyt mocno dała się Właścicielowi we znaki. Nagłe zlewy trzykrotnie rozmyły podjazd, a raz odpływ z okolicznych pagórków był tak intensywny, że woda wypłukała spory fragment gruntu, rozmyła podjazd i już w formie błota o pierwszej w nocy wlała się do piwnicy, w której Właściciel trzymał Bardzo Ważne Rzeczy. Na szczęście czujny jak zawsze podczas opadu – nie spał. Szybka interwencja wraz z Synem, worki z piaskiem, a także odetkanie odwodnienia liniowego przed wejściem do piwnicy uratowało ich przed większą porażką. Błoto i wodę w godzinę wybrali, a tylko odrobinę zmęczeni i przemoczeniu, zasnęli. Rzeczy w piwnicy sprawnie udało się w kilka dni wysuszyć.

Z kolejną burzą walczyła samotnie Żona Właściciela, którego akurat nie było w domu. Opracowany przez nią system odwodnienia tymczasowego mógłby być spokojnie rekomendacją do zatrudnienia na budowie obiektów hydrotechnicznych.

Miarka jednak się przebrała. Właściciel postanowił, że za odwodnienie weźmie się sam. Rozcięcie krawężnika, półmetrowe korytko i powinno udać się bez problemu ściekiem powierzchniowym skierować większość wody z asfaltu bokiem, przy brzegu działki, po trawie, do potoku. Dokładnie tak jak płynęła ona przez wcześniejsze dziesiątki lat.

Zapewne jednak, jeśli doczytaliście Państwo bajkę do tego miejsca, niecierpliwicie się już, kiedy na scenę wejdzie ten Dobry Sąsiad? Ano wkracza on w tym miejscu.

Niestety u Właściciela często myśl od wykonania oddziela dłuższy odcinek czasu. I oto wyobraźcie sobie Drodzy Czytelnicy, Właściciel wraca z wakacji i projekt, który powstał w jego głowie, lecz nie został wdrożony, zastaje on w czarodziejski sposób zrealizowany! Jejku! Niesamowite! Takie rzeczy mogą się zdarzać tylko w bajkach.

Dobroczyńcą okazał się Sąsiad, który jak dobry samarytanin „wzruszył się głęboko” nad losem Właściciela i jego Żony, nad ich beznadziejnymi próbami odtykania wpustu, przekopywania kanałów, tamowania czy naprawiania. Fachowo wykonał odwodnienie powierzchniowe. Właśnie tak:

Pierwszy morał z tej bajki jest następujący. Jeśli tylko to możliwe, stosujcie Państwo odwodnienia powierzchniowe, tzw. dawniej ścieki. Nie zatykają się, liście z nich można zgarnąć jednym szurnięciem buta, kontrola działania jest pełna, wygoda użytkowania zapewnia spokojny sen. Wpusty uliczne, podziemna infrastruktura to ostateczność, a bajki w których takowa występuje, nie zawsze kończą się szczęśliwe. Co więcej zebranie i skoncentrowanie odpływu powinno teoretycznie być sfinalizowane przez gminę pozwoleniem wodnoprawnym…ale o tym cicho sza…nasza bajka już się kończy.

Drugi morał: poza szwagrem, który w RP odgrywał zawsze niepoślednią rolę, dobrze mieć Dobrego Sąsiada!

A kratka, spytacie? Kratka pozostała, więc co jakiś czas Właściciel, jego Syn lub Żona, będą ją czyścić. Co szczerze polecamy wszystkim zarządcom infrastruktury deszczowej. Na koniec pozostaje nam życzyć Inspektorowi Gminnemu, by miał takich jak Właściciel sąsiadów!